|
Archiwum
|
wtorek, 16 marca 2010
Jak powiedział tak zrobił. Blog się przenosi na wordpressa bo ekonomiczniej jest mi logować się na jeden serwis (mmarocks.pl również działa na silniku wp) niż dwa i mam nadzieję, że zmotywuje się teraz do częstszych postów. Nowy adres to: http://poziemi.wordpress.com/ . Choć zrobiłem rebranding zostawiłem starą nazwę i na pierwszy ogień puściłem notkę o przedostatnim tygodniu Pucharu 6 narodów.
czwartek, 18 lutego 2010
![]() (Shane Williams zdobywa przyłożenie w 82 minucie / rbssixnations.com) To jest Shane Williams, skrzydłowy Walii. Shane Williams ma 1,70 wzrostu i 32 lata, jest najstarszym i najniższym skrzydłowym w tegorocznej edyci sześciu narodów. W zeszłą sobotę Shane Williams wygrał Walii praktycznie przegrany mecz. Tamtego dnia Walia podejmowała w Cardiff Szkocję, w meczu, w którym porażka którejkolwiek z drużyn oznaczałaby koniec marzeń o mistrzostwie. Chris Paterson, wyszedł na swój 100 mecz w reprezentacji ale kontuzja barku pozwoliła mu na dołożenie tylko 2 puntków do swoich 750 zanim musiał opuścić boisko. Wobec tego obowiązki głównego kopacza przejął Dan Parks. Szkocja rozegrała perfekcyjną pierwszą połowę, w przeciwieństwie do Walii praktycznie nie popełniając błędów i schodząc do szatni prowadząc 18-9. Na początku drugich 40 minut dołożyli jeszcze trzy punkty ale potem załamała się konecntracja i dyscyplina. Najpierw Sean Lamont popełnił szkolny błąd gdy, będąc z innym Szkotem w sytuacji 2-na-1 podał piłkę do przodu świetnie zastępując walijskich obrońców i zapobiegając przyłożeniu. W 56 minucie Williams zaliczył asystę do Lee Byrne'a, który zdobył pierwsze przyłożenie dla Walii. To był moment, w którym szkocja zaczęła implodować. 10 minut później karłowaty (względnie) Williams wyskoczył nad dwóch szkotów w narożniku własnej połowy i jakimś cudem złapał piłkę, która znów zapobiegła przyłożeniu choć chwilę potem Parks dołożył trzy punkty z drop goala i wynik brzmiał 24-14. Przez następne minuty Walijczycy twardo odmawiali wykonywania karnych po przewinieniach Szkotów próbując zbliżyć wynik przyłożeniem. To im dopiero się udało po niesamowicie głupiej żółtej kartce dla Allana Jacobsena po faulu w środku boiska gdy przyłożenie zdobył Leigh Halfpenny. Walia na 3 minuty przed końcem przegrywała 3 punktami i wydawało się, że decyzja o nie wykonywaniu karnych okaże się tragiczna w skutkach. Na ich szczęście Szkoci w 77 minucie największy idiotyzm w tym meczu mieli jeszcze przed sobą. Phil Goodman sciął z nóg Lee Byrne'a bez piłki wylatując z boiska i pozwalając Stephenowi Jonesowi na wyrównanie meczu tuż przed końcem czasu. Szkocja broniła się z 13 zawodnikami przeciw 15. Nie dali rady odzyskać piłki ani Walia nie popełniła błędu, 2 minuty później Shane Williams wbiegł między słupkami zdobywając zwycięskie punkty a 70 tysięcy na Millenium Stadium wpadło w ekstazę. (ostatnie 5 minut meczu w Cardiff) Pozostałe dwa mecze były o wiele uboższe w dramaturgię. Anglia niemalże zaliczyła wpadkę w Rzymie do 74 minuty prowadząc z Włochami tylko 14-12. Tradycyjnie wszystkie punkty dla Włochów zdobył Mirco Bergamasco po karnych. Johnny Wilkinson, notujący swój drugi występ dla Anglii z rzędu, co chyba nie zdarzyło się od dwóch lat, przypomniał o sobie i trafił zwycięskiego drop goala dając Anglii zwycięstwo 17-12. Najciekawiej zapowiadający się mecz okazał się najbardziej jednostronnym. Irlandia od drugiej wojny światowej z Francją w Paryżu wygrała dwa razy. Nie poprawili tej statystyki w ostatni weekend i patrząc na ilość upuszczonych przez nich piłek można by pomyśleć, że Thierry Henry lepiej gra dłońmi niż irlandzcy rugbyści. Przeciwko Francuzom wypadli jak drużyna drugiego sortu, kiedy zdobyli swoje pierwsze (i jedyne) przyłożenie wynik brzmiał 27-10 i do końca meczu zostało 16 minut. Nie było drugiej Walii, Francuzi pognębili jeszcze broniących tytułu Irlandczyków drop goalem i karnym wygrywając aż 33-10. Następna kolejka dopiero za 1,5 tygodnia. Walia podejmuje Francję i jeśli zagrają tak jak w pierwszych 70 minutach ze Szkocją to dostaną łomot. Jesli zagrają tak jak w ostatnich 10 - przegrają tak czy inaczej. Włosi podejmują Szkotów w traydycyjnym meczu o uniknięcie drewnianej łyżki i ciężko nie faworyzować gości, jeśli nie będą grali jak bezgłowe kurczaki. Anglia spróbuje dotrzymać w tabeli kroku Francji w ciężkim meczu z Irlandią, która będzie chciała zatrzeć fatalne wrażenie z Paryża. Jeśli Anglicy i Francuzi nie przegrają następnych dwóch meczów to w ostatniej kolejce obie drużyny grają ze sobą na Stade de France. PS Zastanawiam się nad zabraniem zabawek na wordpress, bo format bloxa potrafi zniechęcać mnie do postowania. Jak ktoś to przeczyta to niech podejmie odpowiedzialną decyzję w komentarzach :P
wtorek, 09 lutego 2010
![]() Podtrzymując niespotykane tempo 2 notek na tydzień postanowiłem coś napisać o Turnieju Sześciu Narodów, który właśnie wystartował w zeszły weekend. Pierwszym spotkaniem był mecz broniącej tytułu Irlandii z Włochami. Italia zagrała na Croke Park na miarę oczekiwań i sromotnie przegrali 29-11. Udało im się zdobyć przyłożenie, dzięki wysiłkom skrzydłowego o typowo włoskim nazwisko Robertson, co oznacza, że już teraz zdobyli 50% przyłożeń z zeszłorocznego turnieju. Tak jest, w 2009 r. Włosi przyłożyli dwa razy i zdobyli łącznie 49 punktów, więc poprzeczka zawieszona jest niezwykle nisko. Mimo to niewydaje mi się, żeby udało im się wygrać mecz - sztuka, której nie dokonali od 2007 r. Oprócz pastwienia się nad włoskim rugby trzeba przyznać, że Irlandia sama średnio zachwyciła w drugiej połowie odpuszczając sobie zupełnie po zdobyciu dwóch przyłożeń w pierwszych 40 minutach. W następny weekend ludzie Declana Kidneya jadą do Paryża i tak dysponowani mogą się ostro rozczarować tą wycieczką. W najciekawszym meczu Anglicy wykorzystali 10 minut gry w przewadze by odstawić Walijczyków w meczu ostatecznie wygranym 30-17. Gdy żółtą kartkę ujrzał Alun-Wyn Jones Anglicy dwukrotnie odwiedzili strefę końcową Walii i gdy wspieracz wrócił na boisko Walia przegrywała 17 punktami. Goście pozbierali się do kupy i udało im się zmniejszyć przewagę tylko do 3 punktów ale wtedy Delon Armitage przechwycił nieostrożne podanie i Anglicy przebiegli prawym skrzydłem by odjechać Walijczykom na 5 minut przed końcem. Na niedzielę został tylko pojedynek Szkocji z Francją. Po listopadowych wynikach można było oczekiwać sporo od Szkotów, którzy wówczas pokonali Australię. Francuzi jednak nie byli w nastroju do niespodzianek i jako jedyna drużyna nie oddali przeciwnikom przyłożenia w tej kolejce. Już w pierwszych minutach Szkoci desperacko bronili się w własnej strefie końcowej, formacja ataku została zdominowana przez Francuzów a zadanie zdobywania punktów znowu zostało relegowane do karnych w wykonaniu Chrisa Patersona. Do kadry Francuzów wrócił znany prowokator Mathieu Basteraud, który w zeszłe lato utrzymywał, że został pobity na ciemnych ulicach stolicy Nowej Zelandii, co okazało się nieprawdą i spowodowało mały skandal dyplomatyczny. Tym razem obyło się bez kontrowersji a 21-latek zdobył 2 przyłożenia. Następna kolejka to, jak wspomniałem, kluczowy pojedynek Francji z Irlandią w Paryżu. Oprócz tego łatwe zwycięstwo Anglików nad Włochami oraz pierwsza wygrana dla Walii lub Szkocji.
sobota, 06 lutego 2010
![]() Kilka dni temu jeden z najlepszych sumitów w historii, 29-letni Dolgorsürengiin Dagvadorj znany szerzej jako Asashōryū Akinori ogłosił, że kończy swoją karierę ledwo tydzień po tym jak wygrał inauguracyjne basho w Tokio, swój 25 tryumf turniejowy. Zrezygnował bo na jaw wypłynęły nadal nie do końca jasne doniesienie z bójki w jaką na imprezie (odbywającej się podczas turnieju, o dziwo) wdał się mongolski yokozuna. Pierwotnie ktoś ze świty Asashoryu podał się za ofiarę by możliwie załagodzić karę Japońskiego Związku Sumo (JSA). Chwilę później jednak znalazła się inna, zupełnie obca osoba twierdząca, że to ona została poturbowana przez 148-kilowego sumitę. Pojawiły się nawet artykuły, w których można wyczystać, że Asa planował zabójstwo, ale to już zdecydowanie kilka kroków za daleko. Wreszcie, będąc w sytuacji bez wyjścia Asashoryu zdeycodwał ubiec nieuchronną dyskwalifikację ze strony JSA i ogłosił koniec swojej kariery, na co Związek z radością przystał. Mongołowie są wściekli i rzucają na prawo i lewo oskarżenia o rasizm i niechęć wobec zagranicznych sumitów, którzy odnoszą sukcesy. Asashoryu, w przeciwieństwie do drugiego mongolskiego yokozuny - Hakuho, przysporzył sobie szereg wrogów ale nagła i zdecydowana reakcja JSA może dziwić. Tak czy inaczej "Poranny Niebieski Smok", bo takich znaków używał w swojej shikonie Asashoryu, kończy swoją przygodę z sumo. Zostanie zapamiętany jako jeden z najlepszych sumitów wszechczasów, ale też jako prawdziwy "bad boy" tego sportu. Był pierwszym yokozuną zawieszonym przez JSA w historii sportu po tym jak po zgłoszeniu kontuzji wziął udział w charytatywnym meczu piłkarskim w Mongolii, był pierwszym yokozuną, który przegrał przez dyskwalifikację, gdy w 2003 r. zerwał kok Kyokushuzana. W 2008 roku wezwał związek do przyznania zapaśnikom podwyżki, pierwszej od 2001 r. i generalnie przez całą swoją karierę był solą w oku JSA. Zdominował sumo w latach 2003-06, kiedy z 24 turniejów nie wygrał tylko sześciu. W ostatnich latach jego rywalizacja z Hakuho, zawsze piętnastego dnia, była ozdobą każdego basho. Teraz Hakuho zostaje sam na szczycie i można się spodziewać, że bez swojego mongolskiego rywala, sam zacznie pościg za księgami rekordów. On już wygrał 12 basho i bez swojego największego rywala nie widzę dla niego poważniejszych rywali w najbliższych latach. Asashoryu nie musi się jednak martwić. Jego infamia jest na tyle wielka, że komórka pewnie dzwoni mu non-stop. Otwarcie mówi się, że chcą go ludzie z Fight Entertainment Group, odpowiedzialni za cykle K-1 i DREAM. Niezmiernie mnie ciekawi czy gdyby Asa zaczął poważnie trenować (jego brat, Dolgorsürengiin Sumiyaabazar już walczył w MMA i K-1 ale jego łączny bilans to 1-3) to czy byłby w stanie odnieść sukcesy? Sumici w MMA nie radzili sobie dobrze, nawet Akebono ma same porażki, ale Asashoryu to nie byle yokozuna jak Hawajczyk. To autentycznie jeden z najlepszych w historii, nadal tylko 29-letni i dodatkowo z zapleczem w mongolskich zapasach. Nawet jeżeli nigdy nie ucieknie od freakshow to jego ewentualna walka z złotym medalistą z Pekinu w judo Satoshim Ishiim powoduje, że typom z FEG przed oczyma stają znaki miliardów i miliardów jenów. 20 pierwszych yusho Asashoryu Ladies Love Cool Asa PS Yay! Nowy wpis!
niedziela, 29 listopada 2009
![]() RPA zakończyło swoją wycieczkę po Europie bez żadnej wygranej (zapominałem - wygrali w Włochami, ale wszyscy wiemy, że wygrane z Włochami się nie liczą). Przegrywali nawet z klubowymi drużynami z angielskiej ligi: Leicester Tigers i Saracens. Polegli z Francją różnicą siedmiu punktów i w ostatni weekend nie dali rady niepokonanym w tym roku Irlandczykom w nieformalnym spotkaniu mistrzów obydwu półkul. Na Croke Park rugbyści RPA w niczym nie przypominali tych co grali w turnieju trzech narodów. Na ogól bezbłędny Morne Steyn nie trafił drop-goala i aż trzech karnych. Irlandzki obrońca Rob Kearney, w przeciwieństwie do Nowozelandczyków w ubiegłe lato pewnie wyłapywał wysokie piłki i zaczynał kontry. Pomimo tych nietrafionych karnych Steyna zwycięstwo Irlandii to nie był fart, w jednym momencie drugiej połowy mieli 69% posiadania piłki i ponad 70% terytorium. RPA popełniło więcej błędów, więcej strat i tylko 11 razy przedarło się przez linię 22 metrów na Irlandzkiej połowie. Problemów nękających Steyna nie miał Johnatan Sexton, w zaledwie w drugim swoim seniorskim meczu zastępując weterana Ronana O'Garę, który trafił 5 z 7 karnych zdobywając wszystkie 15 punktów dla Irlandii. Krótko mówiąc "drużyna roku" została kompletnie ograna przez drużynę, która naprawdę powinna zostać wyróżniona tym mianem. Nawet jednak po meczu z Antylopami Irlandczyków spotkała kolejna niesprawiedliwość ze strony IRB. Panel zdecydował się ogłosić graczem roku nowozelandzkiego flankera Richiego McCaw'a. "Captain Tackles" to bardzo dobry gracz ale nie był w tym roku w formie z 2006, kiedy również został wybrany rugbystą roku. Debiutujący Heinrich Brussow całkowicie go zgasił w jednym z meczów w Tri-Nations a sama Nowa Zelandia nie do końca może być zadowolona z mijającego roku. Nominowany do tej nagrody był kapitan Irlandii Brian O'Driscoll i to chyba jakiś spisek przeciw irlandzkiemu rugby, że BOD'owi się nie udało. O'Driscoll przewodził drużynie, która niepokonana zdobyła Puchar Sześciu Narodów, poprowadził swój "klub" Leinster do zwycięstwa w Pucharze Heinekena, rugbowej LM, wreszcie, choć te mecze przegrał, zagrał bardzo dobrze dla Lwów przeciwko RPA. Jedyne czego O'Driscoll nie wygrał w tym roku to nagroda Player of the Year. Żal, IRB, żal. Skoro już zahaczyłem o McCaw'a to 15-tka All Blacks, która rozgromiła Francję była najlepiej dysponowaną drużyną Nowej Zelandii jaką oglądałem w tym roku. Mecze NZ z Francją mają dla mnie szczególne znaczenie bo mam gorzkie wspomnienia po porażkach wyspiarzy w Pucharze Świata w '99 i, zwłaszcza, '07 kiedy zostali oszukani przez niedoświadczonego sędziego w taki sposób, że Ovrebo i Webb mogliby się uczyć. Więc z nieskrywaną radością oglądałem jak w francuską obronę, bardziej rozwartą niż nogi pań z Pigalle, co i rusz wbiegał jakiś nowozelandzki obrońca. All Blacks zaaplikowali francuzom 5 przyłożeń i czas do następnej serii międzynarodowych meczy spędzą jako nr. 1 rankingów. PS Skróty spotkań można obejrzeć na nieocenionym rugbydump.com a jako bonus wszystko co chcielibyście wiedzieć o Richie'm McCaw'ie ale boicie się spytać.
niedziela, 15 listopada 2009
95 minuta. Jeden z dumnych piłkarskich narodów znowu jest o krok od wielkiego jęku zawodu. 75 tysięcy ludzi na trybunach są o kilka chwil od oglądania radości znienawidzonej drużyny. Jedno podanie za bardzo do tyłu, jeden nieostrożny drybling, jeden niechlujny strzał i będzie po wszystkim. Nie mogę sobie nawet wyobrazić co wczoraj czuli Egipcjanie oglądając mecz z Algierią ale atmosfera mogła przyprawiać o atak serca. Po 94 minutach zdenerwowania i zniecierpliwienia jakimś cudem Emad Moteab zdobył dla Egiptu kluczową, drugą bramkę. Pod względem piłkarskim (choć nie tylko) Egipt i Algieria wzajemnie się nienawidzą. Od 1989 mają ku temu szczególne powody. W tamtym pamiętnym roku miejsca obydwu reprezentacji w afrykańskiej hierarchii były odwrócone. To Algieria była dwa razy z rzędu na mundialach, trzykrotnie docierali do strefy medalowej Pucharu Narodów Afryki podczas gdy Egipt jedyny swój występ na mundialu zanotował w 1934 r. Tamtego dnia już 4,5 godziny przed rozpoczęciem meczu na trybunach w Kairze zasiadało 90,000 ludzi i tłumnie dochodzili kolejni. Egipcjanie niespodziewanie wygrali 1-0 i pojechali w 1990 roku do Włoch na swój drugi mundial w historii. Algierczycy z kolei nie potrafili przyjąć do wiadomości porażki. Sędzia nie zszedł z boiska przez następne osiem minut słuchając gorzkich żalów i obelg pod swoim adresem. To był dopiero początek, następnie cała algierska ekipa zaczęła miotać na trybuny doniczki z roślinami i inne przedmioty, które stały na bieżni okrążającej murawę. Jeszcze później były gracz reprezentacji Algierii Lakhdar Belloumi ponoć oślepił lekarza drużyny egipskiej trafiając go w oko stłuczoną butelką. Belloumi, ścigany za ten incydent przez Interpol, zmagał się z zarzutami do kwietnia tego roku gdy władze Algierii i Egiptu wspólnie cofnęły nakaz aresztowania. Wczorajszy mecz nie jest pierwszym spotkaniem tych drużyn od 1989 oczywiście ale pierwszym o tak dużą stawkę. 7 czerwca w Blidzie Algierczycy wygrali 3-1 puszczając bramkę w 86 minucie prowadząc już 3-0. Do Kairu przyjechali jak do strefy walk, ich autobus został obrzucony kamieniami i kilku piłkarzy zostało zranionych odłamkami szkła. Być może psychicznie się zacieli ale w 94 minucie byli sekundy od pokonania znienawidzonego wroga. Zamiast tego stali otępiali na boisku chwilę później patrząc się na wpadających sobie w objęcia Egipcjan. Egipt od końcówki lat 90-tych jest jedną z potęg afrykańskiego futbolu, zarówno klubowego jak i międzynarodowego. W tym okresie trzykrotnie wygrali Puchar Narodów Afryki ale kwalifikacja na mundial zawsze ich omijała. Zresztą nadal nie stała się faktem. Zwycięstwo 2-0 idealnie zrównało bilans bramkowy obu drużyn i zgodnie z zasadami FIFA potrzebna jest dogrywka. Obydwie drużyny zmierzą się w środę w Chartumie w meczu, gdzie tylko jeden naród odmieni swój mundialowy los. Również w Afryce z nieskrywaną radością przyjąłem do wiadomości awans Nigeryjskich Super Orłów. Pierwsze solidne wspomnienia mam z początku lat 90-tych więc z drużyny Kamerunu z Italii kojarze tylko wówczas śmieszące mnie nazwisko strzelca bramki przeciw Anglii (Eugene Ekeke). To Nigeryjczycy zwrócili na siebie moją uwagę swoim złotym pokoleniem gdy w jednej drużynie grali Jay-Jay Okocha, Sunday Oliseh, Nwankwo Kanu, Taribo West, Mutiu Adepoju i spółka. Obecnej drużynie daleko jest do tamtego składu ale udało im się wywalczyć awans dzięki pokonaniu Kenii 3-2 i niespodziewanej wpadce Tunezji z Mozambikiem 0-1. W tym wypadku mogę zadedykować im tylko jedną, jedyną piosenkę - opowiadający urzekającą historię fikcyjnego nigeryjskiego piłkarza utwór Kazika pt. Mazzieh (African in Paris).
środa, 11 listopada 2009
W pierwszym z potencjalnie dwóch decydujących meczów Japan Series 2009 na kopcu Fighters nie wystawili Yu Darvisha, który ponownie nabawił się kontuzji. Wobec tego zadanie wygranej w szóstym meczu spadło na barki Masaru Takedy. Pitcher Hokkaido nie miał złego meczu, przez 7 i 2/3 inningu oddał tylko 2 punkty ale nie dostał wsparcia od odbijających. Mecz dla Giants zaczął Shun Tohno ale musiał zejść z kopca po 14 rzutach kiedy został trafiony odbitą piłką w dłoń. Jego miejsce zajął Testuya Utsumi, ten który zawalił drugi mecz serii i nie wygrał w finałach japońskiego baseballu od 5 meczy. Utsumi do spółki z później rzucającymi Kiyoshim Toyodą, Tetsuyą Yamaguchim i Daisuke Ochim choć oddali 10 hitów to nie pozwolili zawodnikom Fighters dobiec do głównej bazy, choć gospodarze dwukrotnie kończyli inning z zawodnikiem na trzeciej. Giants tymczasem wyszli na dwubiegowe prowadzenie. W drugim inningu MVP finałów Shunnosuke Abe uderzył piłkę pod mur co pozwoliło stojącemu na trzeciej Kameiemu zdobyć pierwszy punkt. W szóstym inningu przy dwóch zbitych zawodnikach i jednym na pierwszej Michihiro Ogasawara uderzył piłkę daleko na prawe pole gdzie kompletnie pogubił się outfielder Fighters Inaba. Błąd w łapaniu piłki dał wystarczająco dużo czasu Matsumoto na zdobycie drugiego punktu. Pod koniec ósmego inningu Fighters mieli zawodników na pierwszej i drugiej bazie. Trener Yomiuri Tatsunori Hara zdecydował się wpuścić swojego closera nieco wcześniej niż zwykle ma to miejsce. Marc Kroon dobrze wszedł w grę i zbił Tsuboi by zakończyć inning. Inning później sytuacja była jeszcze groźniejsza bowiem tylko przy jednym oucie druga i trzecia baza były zajęte przez gospodarzy. Kroon jednak zagryzł zęby i zaliczył strikeouty na kolejnych dwóch zawodnikach: Inabie i Takahashim by wygrać mecz i zdobyć mistrzostwo. Tak jak w USA w tym roku najbogatszy i najbardziej utytułowany klub przerwał długie oczekiwanie na kolejny tytuł tak w Japonii zwycięzcą okazał się swoisty odpowiednik New York Yankees. Yomiuri Giants zdobyli swój 21 tytuł mistrza i po raz pierwszy od siedmiu lat świętują zwycięstwo w Japan Series.
piątek, 06 listopada 2009
![]() (Yoshiyuki Kamei - następca Hideki Mastuiego?) Wiadomo już, że w Ameryce wygrali New York Yankees, zdobywając swoje pierwsze mistrzostwo w tym wieku. MVP World Series został Hideki Matsui (kolejny dowód na wyższość japońskiego baseballu), który teraz może spokojnie usiąść w domu ze swoją utrzymywaną w tajemnicy żoną i obejrzeć decydujące mecze Japan Series w ten weekend gdzie gra jego była drużyna Yomiuri Giants. Pierwszy z trzech meczy w Tokyo Dome był festiwalem pojedyńczych home runów. Do połowy 5 inningu piłkę przy pustych bazach posyłali w trybuny Inaba, Koyano i Tanaka dla Fighters oraz Lee, Abe i Ogasawara dla Giants. Michihiro Ogasawara zdobył też kluczowe punkty nie z home-runu kiedy posłał piłkę pod mur w piątym inningu i pozwolił dwóm zawodnikom Giants obiec pozostałe bazy. Giganci prowadzili 3-5 i nie oddali prowadzenia do końca meczu, pomimo błędu pierwszobazowego Lee, który pozwolił Fighters na zdobycie czwartego punktu. Aby uniknąć dramatycznej końcówki już w ósmym inningu gospodarze zapchali bazy i po uderzeniu kapitana Abe kolejna dwójka zaliczyła wszystkie bazy ustalając wynik na 7-4 dla Giants. Środowy mecz był prawdziwą huśtawką nastrojów dla startowego pitchera Giants Hisanoriego Takahashiego. 35-latek rozpoczął genialnie od trzech strikeoutów z rzędu ale kompletnie się rozkleił w trzecim inningu. Dzięki skradzionej bazie przez Inabę tylko przy jednym zbitym zawodniku Fighters zapchali bazy. Tą sytuację skrzętnie wykorzystali Shinji Takahashi i Eiichi Koyano wbijając 4 punkty zanim obrona Giants zakończyła inning. Yomiuri nic się nie udawało - odbili piłkę tylko 2 razy w 12 sytuacjach kiedy mieli człowieka na drugiej lub trzeciej bazie i trzykrotnie nadziali się na double play. Po połowie ósmego inningu wynik brzmiał 7-1 i mecz wydawał się zakończony. Łut nadzei dał gospodarzom najlepszy odbijający ligi Alex Ramirez zdobywając home run za trzy punkty. Chwilę później Giganci stali na pierwszej i drugiej bazie przy jednym oucie ale sytuacje opanował świeży pitcher Fighters Masanori Hayashi. W ostatnim innigu nikt już nic nie ugrał i Fighters wygrywając 8-4 zapewnili powrót serii do Sapporo. Skrót poniżej. Trzecie spotkanie w Dużym Jaju, jak nazywane jest Tokyo Dome, było zdecydowanie najbardziej emocjonującym meczem Japan Series 2009 (Oczywiście, jedyne, którego nie mogłem obejrzeć na żywo). Giants nadal byli prześladowani przez środową niedokładność i szybko popełnili dwa błędy i dali Fighterom kolejną double play. Tym razem jednak nie zdarzyła im się prawdziwa implozja w obronie jak w środę, oddali gościom tylko 3 hity i do ósmego inningu przegrywali tylko 1-0. W momencie gdy zaczęli odbijać Giants zaczęły się prawdziwe emocje. Rezerwowy odbijający Lee dostał się na pierwszą bazę po czym został zmieniony tam przez Takahiro Suzukiego. Suzuki najpierw ukradł drugą a potem dostał się do trzeciej gdy próba zbicia go na drugiej skończyła się rzuceniem piłki przez pitchera na połowę outfieldu. Wtedy do odbijania zaledwie 37 raz w sezonie podszedł rozgrywający swój 20 sezon w NPB Noriyoshi Omichi. 40-latek trafił i Suzuki dobiegł do głównej bazy wyrównując mecz. Ostatni inning był jeszcze lepszy. Shinji Takahashi zaliczył pierwszy home run meczu przy pustych bazach znów wyprowadzając Hokkaido na prowadzenie. Tym niemniej nic więcej nie ugrali i closer Takeda bronił tylko jednopuntkowej przewagi. Długo jej nie bronił bo już pierwszy pałkarz, Yoshiyuki Kamei zodbył pojedyńczy home run doprowadzając do kolejnego remisu. Kamei to nowa gwiazda Giants, w swoim 5 sezonie w NPB drastycznie poprawił wszelkie statystyki stając się jednym z liderów tokijskiej drużyny. Chwilę później kapitan Giants Shinnosuke Abe na drugiej piłce Takedy zdobył "sayonara home run" ustalając wynik 3-2 dla Yomiuri. Skrót spotkania jest tutaj ale dla odmiany embed to ostatni inning Giants. Hokkaido Nippon Ham Fighters stają teraz pod murem, ale przynajmniej jest to mur ich stadionu. Jutro o 10:15 pierwszy i być może nie ostatni z pozostałych meczów Japan Series. Jestem niemal pewien, że jutro na kopcu, niezależnie od stanu barku i pleców, znów stanie Yu Darvish i as Fighters będzie próbował doprowadzić do siódmego meczu. Miejmy nadzieję, że po emocjonującej końcówce czwartkowego spotkania wynik będzie się ważył do ostatnich piłek. PS Ponieważ chwilowo emocjonuję się baseballem i z racji, że za tydzień znowu czas dla reprezentacji narodowych w futbolu tekst o Premiership pojawi się po tej kolejce.
poniedziałek, 02 listopada 2009
![]() (Yu Darvish, marzenie każdej kobiety na Hokkaido) Po dwóch meczach w Sapporo wynik serii brzmi 1-1. We wtorek Fighters i Giants rozegrają pierwszy z trzech meczy w legendarnym Tokyo Dome. Jeśli drużynie z Hokkaido uda się urwać choćby mecz to w nadchodzący weekend decydujące zawody będą rozgrywać u siebie. Prawdę mówiąc obydwa mecze nie były szczególnie ekscytujące ale przewaga 2 runów prowadzącej drużyny dawała nadzieję na dramatyczne końcówki. W pierwszym meczu miotacz Giants Dicky Gonzalez (15 zwycięstw, 2 porażki w sezonie) miał sporo problemów z pałkarzami Fighters oddając im 9 hitów przez 5 inningów. Na jego szczęście obrona Giants grała przyzwoicie i z tych 9 uderzeń zdobyto ledwie punkt. W międzyczasie drużyna z Tokio nabiła 3 punkty i do ostatniego inningu podchodziła prowadząc 4-2. Na kopcu stanął closer Giants Marc Kroon i omal nie zaliczył wpadki. Fighters zmniejszyli przewagę do jednego punktu po uderzeniu Takahashiego, który posłał piłkę aż do muru. Przy dwóch outach i zawodniku na drugiej bazie Kroon pozwolił silnemu uderzaczowi Fighters Termelowi Sledge'owi na przejście na pierwszą i stanął przed koniecznością zbicia następnego zawodnika - Koyano. Kroon zamotał się trochę w tej sytuacji i regularnie rzucał piłki w ziemię tuż przed catcherem. Dopiero gdy zebrał się w sobie przy perspektywie kolejnego walka i pozwolenia Fighters na zapełnienie baz rzucił idealną piłkę na 3 strike i zakończył mecz z wynikiem 4-3 dla Giants. Poniżej są highlighty spotkania (gdzieś od półtorej minuty). W drugim meczu trener Fighters podjął ryzykowną decyzję. Postanowił wystawić jako startującego pitchera swoją gwiazdę Yu Darvisha, który zmagał się z urazem ramienia. Darvish, zdobywca nagrody dla najlepszego miotacza ligi japońskiej w 2007 r. oraz nazwany swojego czasu "jednym z 3 najlepszych pitcherów poza MLB" (obok już mającego kontrakt w amerykańskiej lidze Stevena Strasburga i będącego na najlepszej drodze do takiego kontraktu świeżo po ucieczce z Kuby Aroldisa Chapmana), nie zawiódł swojego trenera i kibiców, zwłaszcza tych płci żeńskiej. Przez 6 inningów rzucił 87 piłek i zaliczył 7 strikeoutów przy oddaniu tylko 2 runów. Mecz całkowicie rostrzygnął 3 inning kiedy Fighters zdobyli 4 punkty na Tetsuyi Utsumim, który natychmiast po tym został zdjęty z kopca. Tym razem closer Fighters Takeda nie dał Giants nawet złudzeń na zwycięstwo w ostatnim inningu pozwalając na tylko jeden hit. Fighters wygrali 4-2 i wyrównali rywalizację. Poniżej wspomniany 3 inning.
piątek, 30 października 2009
Ostatnio jestem zawalony innymi projektami, które nie dają mi za dużo czasu i/lub możliwości wrzucania tekstów na bloga ale chciałem dwóm czytelnikom tych wpisów dać znak, że żyje.
Październik i początek listopada to jedyny okres kiedy jestem fanem baseballu. Wtedy to w tym sporcie dochodzi do rozstrzygnięć w najważniejszych rozgrywkach po okrutnie długich sezonach zasadniczych. Nie wiem czyj był to pomysł by długość sezonu baseball'u ustalić na mniej więcej 150 meczów ale zabija to jakiekolwiek znaczenie dla pojedyńczych wygranych i porażek aż do ostatnich 2 tygodni, kiedy zaczyna się wyścig o play-offy. W Ameryce rozpoczęła się World Series, tradycyjnie wyłaniająca "klubowego mistrza świata" w taki sam sposób jak mistrz NBA czy NHL zostaje najlepszą drużyną danego sportu. Tamże broniący tytułu Philadelphia Phillies urwali już jeden mecz na wyjeździe baseballowemu odpowiednikowi Realu Madryt - New York Yankees. Jankesi mają budżet, który zawstydziłby Florentino Pereza (o Turbodymomanie nie wspominając) ale podobnie jak Los Merengues nie potrafią przełożyć tego na sukcesy i nie wygrali mistrzostwa od 2000 roku. Ale nie o tej serii miałem tu pisać. Pod pewnymi względami o wiele silniej obsadzona seria rozpoczyna się jutro o 10:15 naszego czasu w Sapporo. Fenomenalnie nazwani Hokkaido Nippon Ham Fighters będą chcieli zdobyć trzecie mistrzostwo przeciw "japońskim jankesom" Yomiuri Giants, którzy wydają grube jeny na gwiazdy yakyu i wygrywali Japan Series rekordowe 20 razy. Dlaczego ta seria meczów jest lepsza od amerykańskiej? Po pierwsze można ją obejrzeć nie zarywając nocy. Po drugie Japonia jest najlepszą baseballową nacją na świecie, dwukrotnie zwyciężając World Baseball Classic, najsilniej obsadzony turniej międzynarodowy będący odpowiedzą szefów MLB na Puchar Świata FIFA. Z składu, który na wiosnę tego roku w finale WBC pokonał Koreę w Japan Series zobaczymy siedmiu graczy (pięciu w Giants: Ogasawara, Abe, Utsumi, Kamei i Yamaguchi i dwóch w Fighters: Darvish i Inaba). Dla porównania w World Series nie będzie żadnego, Hideki Matsui z Yankees na WBC nie pojechał. Oczywiście jest to pewne uproszczenie bowiem coraz więcej najlepszych Japończyków przechodzi zarabiać większą kasę w MLB ale Baseball w Stanach, niegdyś "national pasttime" został zdystansowany w ostatnich latach przez NFL. W Japonii yakyu to nadal serious business co słychać po nieustannym zgiełku na trybunach w tak wyciszonej i ugrzecznionej kulturze. To trochę jak śledzić i rozkoszować się ligą brazylijską w piłce nożnej. Ekscentryczne? Z pewnością, ale to znak prawdziwie hardkorowego fana. No może prawdziwie hardkorowy fan znalazłby sposób na oglądanie ligi kubańskiej. W ramach dodatku multimedialnego poniżej ostatni at-bat Japan Series 2008 między Yomiuri Giants a Seibu Lions. Giganci prowadzili już w serii 3-2 ale sensacyjnie przegrali kolejny mecz u siebie 4-1 i, choć prowadzili 2-0 w decydującym meczu oddali 3 punkty i pod koniec 9 inningu przy pustych bazach i 2 wyautowanych zawodnikach na przeciw closera Lwów Alexa Gramana stanął Alex Ramirez, MVP ligi i zdobywca 45 Home Runów w sezonie: PS ALL BLACKS! Jutro znowu przejadą się po kryminalistach z Zachodniej Wyspy. |